Olimpiada zimowa w Vancouver zaczęła się 12 lutego i powoli zmierza ku końcowi. Polska wysłała tam prawie pięćdziesięciu zawodników. Kółka olimpijskie pojawiły się i w naszym kraju na różnych produktach. I co z tego?

Ponownie czekaliśmy na sukcesy Adama Małysza i Justyny Kowalczyk. Te dwa nazwiska obiły nam się o uszy już nie raz, ale co z resztą kadry? Wielokrotnie chwalono już kibiców za to, że szczerze, otwarcie i wytrwale dopingują swoich idoli. Tyle że przecież na zmagania olimpijskie nie wybrało się jedynie dwoje zawodników. Coś jest nie do końca w porządku.

Polski kibic to fan jednego sezonu. Ewentualnie jednego nazwiska. Nie jest moim celem ubliżyć tym prawdziwym, oddanym kibicom, którzy jeszcze gdzieniegdzie się ostali. Gorzej, że są w mniejszości. Gdyby teraz ktoś przywiózł z olimpiady złoty medal, a nie nazywał się Małysz czy Kowalczyk, nagle stałby się nowym idolem mas. Natomiast gdy sławny nie od wczoraj Adam M. całkiem niedawno miał tzw. „spadek formy” odwróciło się od niego wielu „bałwochwalców”. I teraz nagle wracają. Krótko mówiąc – wygrywa, jest supermanem, przegrywa – na szafot z nim! A przecież nie tak dawno mieliśmy przykład w postaci zwycięstwa Tomasza Majewskiego. Ktoś wie, co u niego dziś słychać? A dzięki swemu zwycięstwu doczekał się nawet własnego wpisu w Wikipedii! Szukałam tam kilku aktualnych reprezentantów Polski z Vancouver – z marnym skutkiem, chociaż zawód nie był stuprocentowy.

Bądźmy wdzięczni za srebra i brązy znanych sportowców, ale nie zapominajmy o tych bardziej pospolitych, a jednak stanowiących większość. Niech również poczują ten przydający skrzydeł duch polskiego kibicowania. Pozwólmy im także poznać, co to narodowe wsparcie. W końcu w Vancouver Polska bierze udział w wielu konkurencjach.

(felietony.hoga.pl z dnia 23.02.2010)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *