Grzegorz Kajdanowicz przeprowadził w Faktach po Faktach (28.01.2010r.) wywiad z premierem Donaldem Tuskiem. Sprawa rozeszła się o rezygnację z kandydatury na stanowisko prezydenta. Nie chcę jednak rozwlekać się nad tą, jakże już obgadaną na wszelkie możliwe sposoby, sprawą. W trakcie tego wywiadu coś innego przykuło moją uwagę, a mianowicie Wielkie Ego dziennikarza (jako zawodu,a nie konkretnej osoby).
Istnieje teoria, że premier specjalnie przyspieszył deklarację o niekandydowaniu na rzeczony urząd, żeby zatuszować sytuację składania zeznań przez ministra Drzewieckiego. Prowadzący wysunął ku panu Tuskowi pytanie wprost – czy taki był cel ogłoszenia decyzji? Na co premier odparł, że nie sądzi, aby pan Drzewiecki miał stać się numerem jeden w wiadomościach w dniu dzisiejszym. Widziałby tam raczej mecz piłkarzy ręcznych Polska – Francja. I wtedy pan Kajdanowicz ułożył celną ripostę: „Panie premierze, to my robimy w tym kraju newsy! Na czołówkach byłoby dziś przesłuchanie Drzewieckiego i wszyscy by się zastanawiali: kłamał? Jak sobie dał radę? Wybrnął przed komisją, czy się pogrążył?”
Otóż nie, uważam, że to nie tak proszę państwa.
Po pierwsze przyznam rację teorii premiera. Być może sprawa Drzewieckiego byłaby czołówką w serwisach, ale nie tym, o czym wszyscy by dyskutowali. Bo zdecydowanie większa część Polaków interesuje się sukcesami sportowymi rodaków niż kolejną polityczną aferą. Afery weszły nam już w krew. Są na porządku dziennym. Natomiast to, że szczypiorniści stanęli przed szansą pokonania aktualnych mistrzów świata, było czymś specjalnym. I bardziej zmartwiła nas ich porażka niż ukrócenie sprawy pana Drzewieckiego w serwisie informacyjnym.
Po drugie – owszem, nie można kłócić się, że to redakcje ustalają dzienny porządek informacji, ich istotę, stopień poświęcenia uwagi, czas antenowy… Oczywiste jest, że jeżeli już obejrzymy wiadomości, nie sposób będzie tego głównego, wyeksponowanego tematu pominąć. Tym bardziej, jeśli powtórzy się on w serwisach na każdej możliwej stacji telewizyjnej, a do tego i w radiu. Ale to nie oznacza jeszcze, że wszyscy będą właśnie tym zainteresowani. To, co podaje się w mediach, może być tematem ożywionej debaty lub pośmiewiska. No chyba że idziemy w zaparte i popieramy zasadę: „Nieważne, co się mówi, ważne, żeby mówili”.
W moim mniemaniu porządny serwis informacyjny ma spełniać funkcję nie tylko informacyjną, ale także opiniotwórczą. Powinien skłaniać do przemyśleń, pobudzać aktywność społeczną i kulturalną każdego obywatela. Ponadto kształtować jego świadomość rzeczywistości w kraju i na świecie. Natomiast wypowiedź pana Kajdanowicza przywiodła mi na myśl raczej próbę narzucenia odbiorcy tego, co ma go zainteresować. Przekonanie, że skoro coś puszczamy, poświęcając temu najwięcej uwagi, stanie się to przebojem dnia (o ile nie kilku), jest wygłoszone za bardzo na wyrost. Zamiast upragnionego zainteresowania i debaty możemy usłyszeć „dość mam już tych bzdur, wszędzie to samo” „znowu to samo”… i stracić widza. Chociaż z drugiej strony pewne stacje nie muszą się tego raczej obawiać.
Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie, mogę nie mieć racji. Jeśli ktoś poczuł się urażony – przepraszam.
(Dotąd nigdzie niepublikowane)