Moją uwagę przykuła telewizyjna reklama karaoke. Pod koniec krótkiego filmiku głos lektora informuje nas, że zdjęto z emisji poprzednią wersję, w której słyszalne były słowa piosenki. Zaprasza na stronę producenta napoju po więcej informacji. Wiedziona ciekawością zajrzałam. Dziwnym zbiegiem okoliczności w dniu 130 rocznicy urodzin Stalina naszły mnie pewne przemyślenia odnośnie cenzury.
Kiedy zawitałam na rzeczonym serwisie, natychmiast zrozumiałam, co stało się z przyjemną dla ucha piosenką reklamową, po której pozostała jedynie melodia. Otóż musiała się ugiąć pod ciężarem decyzji KRRiT. Tekst piosenki w połączeniu z rytmem i melodią za bardzo przypominał znaną pastorałkę „Hej kolęda, kolęda”. Mogło to, wg urzędników, obrażać uczucia religijne społeczeństwa.
Od chwili chrztu jestem katoliczką, która w dodatku może zaliczyć się do grona „praktykujących” wyznawców. Pomimo że co tydzień uczestniczę we mszy, chodzę do spowiedzi częściej niż raz w roku i naprawdę poważnie traktuję swoją wiarę, absolutnie nie czuję się obrażona przez producentów napoju.
Myślę, że na sprawę należy spojrzeć z szerszej perspektywy. Ogólny zarys kampanii reklamowej, jak również samo hasło, promuje zbliżanie do siebie ludzi. Oczywiście, że nadrzędnym celem jest sprzedaż i zarobek na towarze, ale liczne odniesienia do bliskości, serdeczności i życzliwości nastrajają pozytywnie. W takim kontekście oparcie się na wesołej, skocznej pastorałce nikogo nie krzywdzi. Robi dobrze nie tylko dla produktu, gdyż takie piosenki chodzą nierzadko za ich słuchaczami całe dnie, ale także dla samych odbiorców. Nastraja ich na radość i otwartość.
KRRiT nieświadomie wspomogła promocję produktu znanej marki. Jak wiadomo, skoro coś jest zakazane, bardzo chętnie do tego dążymy. I tutaj mentalność ludzka nie zawiodła, a internet zapewnił dobry finał całej historii. Na oficjalnej stronie producenta ciągle figuruje pierwsza wersja spotu, bo w końcu zakazano jedynie jego emisji w telewizji. A hasło „zakazane” na bannerach w innych serwisach przyciąga uwagę.
Przy tym wszystkim nachodzi mnie jeszcze jedna myśl. Czy nie jesteśmy zbyt wrażliwi na to, co kościół ma do powiedzenia w jakiejś sprawie? Polska nie jest państwem kościelnym. Oczywiście nie sugeruję, że na decyzję KRRiT miał wpływ któryś z hierarchów tej szacownej instytucji, jednak zastanawia mnie czy nie za bardzo się nad nią pochylamy. Z jednej strony zdarza się, że psioczymy np. na nadużywanie przez Żydów kontekstu holocaustu i tworzenie z siebie męczenników w nieodpowiednich sytuacjach. Z innej natomiast nie widzimy, że kościół katolicki, który powinien być otwarty, pełen miłości i dobroci, staje się coraz bardziej ograniczony i zarządzany niczym instytucja, a nie wspólnota. A sami katolicy popadają w przeróżne skrajności, najwyraźniej sami gubiąc się w gąszczu zaleceń i zakazów. Jeśli idzie o cenzurę, czasem walczymy o niektóre sprawy metodami zbliżonymi do inkwizycji, a nie o to chodzi. Każdy powinien czasem spojrzeć na życie z przymrużeniem oka.
Skoro widać, jak łatwo ominąć ograniczenia KRRiT za pomocą internetu, zastanówmy się, czy cenzura jest w nim w zupełności możliwa? Jeżeli przyjrzymy się tzw. treściom ekstremalnym, nie sadzę, aby zostały dopełnione wszelkie starania. Owszem, ciągle trwa walka z pedofilią i innymi zboczeniami natury psychicznej. Codziennie zamykane są jedne, ale otwierane inne serwisy. Przypomina to wojnę z wiatrakami. Ponadto pozostaje także kwestia pornografii. Chociaż ogólnodostępna, oficjalnie oznakowana jest zabezpieczeniem. Zanim odwiedzimy dany serwis o podobnej tematyce, widzimy na ekranie stronę informującą, że przeznaczony jest on dla osób pełnoletnich i pytanie, czy się do nich zaliczamy. Tylko ilu młodych, niepełnoletnich ludzi, siedząc przed ekranem komputera samotnie w domu, nie kliknie „tak” – choćby z ciekawości? Nie oszukujmy się, nie wszyscy tak bardzo są na nią odporni.
Jako zamach na wolność słowa i czynu poczytuje się również głośną ostatnio ustawę dotyczącą hazardu. Oczywiście najbardziej oburzeni są właściciele zawartych w jej treści serwisów internetowych. Wielka afera hazardowa znajduje swój finał w prawnie usankcjonowanym ograniczeniu samowoli przedsiębiorców (czy może bandytów?) zarabiających na graczach. Wielu zaangażowanych nazywa to posunięcie cenzurą godną czasów PRL. Jak to, czyż internet nie jest miejscem, gdzie każdy działa jak mu się żywnie podoba? Otóż właśnie okazuje się, że nie. I bardzo dobrze. Bo o ile melodia oparta na pastorałce nie jest groźna, o tyle żerowanie na ludzkich instynktach, pragnieniach czy nałogach jest, moim zdaniem, miejscami nieetyczne, niemoralne lub wręcz złe.
Cenzura cenzurze nie równa. Józef S. potrafił zamordować niewygodnych mu artystów czy polityków. W państwach demokratycznych nie stosuje się takich metod. Za to odcina się ludzi od ich pomysłów na zarabianie pieniędzy. Choć czasem nieuzasadnione, takie decyzje bywają konieczne. Mimo to nigdy nie dojdzie do sytuacji, w której wszyscy zgodzą się z każdą decyzją podejmowaną „na górze”. Ale wiadomo, że takie jest demokratyczne prawo każdego wyborcy. Swoje uznanie przedstawimy podczas najbliższych wyborów.
(hoga.pl Dobry temat/w skrócie/ z dnia 29.12.2009)