Na srebrnym ekranie obserwujemy z roku na rok coraz więcej adaptacji powieści. A z jednego seansu na drugi dostrzegamy coraz mniej cech wspólnych adaptacji z książkowym pierwowzorem. Właściwie nie mam pojęcia, ku czemu zmierzają tego typu działania. Jestem jednak pewna, że nie satysfakcjonują większości widzów, szczególnie tych zapoznanych wcześniej ze słowem pisanym.

Zawsze, zanim udam się do kina na jakiś z filmów na podstawie książki, najpierw muszę zapoznać się z danym tytułem w oryginale. Chciałabym skupić się na kilku przykładach, aby zobrazować dziwną tendencję scenarzystów do przeinaczania fabuły. Najbardziej jednak zaskakuje mnie fakt, że nierzadko scenariusz poddany jest do sprawdzenia samemu autorowi powieści. Wydaje mi się, że gdybym napisała powieść i ktoś zechciał ją zobrazować w postaci filmu, nie zgodziłabym się na za duże zmiany. Ale wróćmy do meritum.

„Anioły i demony”
Film wszedł do kina na wiosnę 2009. Zanim udało mi się zdobyć książkę, czekałam kilka miesięcy. Jednak w końcu ją przeczytałam. Nie ukrywam, że fabuła była dosyć interesująca. Dodatkowym atutem było szybkie rozgrywanie się wydarzeń. Wiadomo, jak męczące bywają nieraz zbyt długie opisy. Zaaferowana z jeszcze większym zapałem odpaliłam DVD z filmem. Rozczarowanie przyszło już po pierwszych minutach. Scenarzyści zmienili imię jednego z istotnych bohaterów, Odeszli od paru wątków na rzecz innych, zupełnie abstrakcyjnych. Aby skrócić historię przyspieszyli wydarzenia jeszcze bardziej, niż było to opisane w pierwowzorze. Nie odtworzono wiernie przemówienia do kardynałów w kapicy Sykstyńskiej. Nie ukazano zakończenia historii w taki sposób, jak zrobił to autor. Słowem – rozczarowanie goniło rozczarowanie, a z czasem oglądałam film, śmiejąc się z każdej kolejnej nieudanej interpretacji. Na korzyść tego obrazu, moim zdaniem, przemawiają wyłącznie nie najgorsze efekty. Przyznaję, mógł zaintrygować kogoś nieczytającego lektury. Ale w innym wypadku – porażka.

„Zmierzch”
Początkowo nie chciałam zagłębić się w lekturę. Kiedy słyszałam opowieści koleżanek na temat opisanej przez panią Mayer historii, wydawało mi się, że będę miała do czynienia z ckliwym romansem. Z czasem, z ciekawości, zapisałam się do kolejki po książkę w bibliotece miejskiej. Czekałam na nią siedem miesięcy, a przeczytałam jednym tchem w dwa dni. Zaintrygował mnie nie tyle wątek miłosny, ile świat wampirów przedstawiony przez autorkę. Gratuluję wspaniałej wyobraźni. Po lekturze niemal natychmiast sięgnęłam po film. Tym razem scenarzyści dość wiernie odtworzyli przebieg lektury, rozmyślnie pomijając niektóre wątki. Nie zburzyło to jednak konstrukcji całości. Scena finałowej walki mile mnie zaskoczyła. Była wykonana dużo bardziej obrazowo i intrygująco niż opisała ją autorka. Szkoda, że pominięto dość istotny wątek przeszłości jednej z wampirzyc. Jeśli ktoś obejrzał film nie znając książki, moim zdaniem wyszedł z kina ubogi o wiele istotnych informacji. Jednakże seans po lekturze był raczej jej miłym uzupełnieniem niż jakimś specjalnym wybuchem euforii. Trzeba oddać sprawiedliwość, że na kartach powieści wątki emocjonalne można przedstawić dużo łatwiej niż w na srebrnym ekranie. Przez to być może film wydał się mdły, pusty, jakby zabrakło w nim najważniejszego wątku. Nie wszystko da się zobrazować, a w tym przypadku myśli ludzkie były dosyć istotne. Cóż, jestem w połowie drugiego tomu i wybieram się na kolejną ekranizację („Księżyc w nowiu”). Może tym razem udało się lepiej napisać scenariusz.

„Władca pierścieni. Drużyna Pierścienia”
To jedyny film, jaki kiedykolwiek obejrzałam, nie znając literackiego pierwowzoru. Pamiętam, że przez dwie godziny czekałam, aż coś zacznie się dziać. Szukałam nagłego zwrotu akcji albo jakiejkolwiek akcji w ogóle. Nagle film się skończył. Wiedziałam, że planowana jest kolejna część, ale nie miałam najmniejszego zamiaru jej oglądać. Pamiętam, że następnie przyszły wakacje. Ponieważ miałam trochę czasu wolnego, nie do końca przekonana do pomysłu, sięgnęłam po książkę Tolkiena. Wciągnęła mnie na kilka dni. Z rozpędu przeczytałam i pozostałe tomy. Następne filmy obejrzałam już świadomie, porównując je do pierwowzoru. I tym razem nie rozczarowałam się ani trochę. Oczywiście, nie dało się uniknąć kilku potknięć, ale nie uważam, że temat został źle podjęty. Wracając do pierwszego filmu – nie obejrzałam go już więcej. Pamiętając senność, jaka morzyła mnie podczas seansu, nie miałam ochoty do niej wracać. Miałam też za złe pominięcie wielu intrygujących wątków wędrówki hobbitów (np. w zaczarowanym lesie). Za bardzo ckliwie, za dużo cierpiętnictwa jak na mój gust. A lekturę polecam całym sercem.

„Harry Potter i czara ognia”
Na ekranizację tego tomu przygód młodego czarodzieja czekałam najbardziej spośród wszystkich. Bardzo się ucieszyłam, gdy gdzieś wyczytałam, że przymierza się do niej sam Spielberg. Ale rzeczywistość okazała się mniej kolorowa. Siedząc na sali kinowej nie wiedziałam, czy się śmiać, czy też płakać. Do filmu w ogóle nie wprowadzono wątku domowego skrzata Mrużki, a przecież w książce pojawia się ona i w późniejszych tomach. Zmiana metod, za pomocą których Harry rozwiązywał zagadki Turnieju Trójmagicznego, także nie przypadła mi do gustu. Generalnie niedociągnięcia pojawiały się i we wcześniejszych ekranizacjach, ale ten film przeszedł wszystkie granice. Wychodząc z sali, powiedziałam sobie, że następnych części nie obejrzę. Przełamałam się jednak i nie pożałowałam. Ale „Czara ognia” na pewno nigdy nie zagości w mojej kolekcji filmów.

„Opowieść wigilijna”
Może to śmieszne pisać o krótkim opowiadaniu Dickensa zaraz po tylu opasłych dziełach. Ale z radością muszę stwierdzić, że to chyba jedyna adaptacja, jaką znam, która jest w istocie zupełnie wierna pierwowzorowi. I to pomimo że pokazywano ją już w tylu odsłonach. Mamy filmy animowane, obyczajowe, teatry, a nawet nowy film 3D. Są także inne interpretacje historii (np. „Duchy moich byłych”), które już odbiegają od pierwowzoru, ale ciągle zachowują ducha Dickensa. Zastanawiałam się, z czego wynika wierność oryginałowi. Obserwując wymienione wyżej przykłady wydaje mi się, że „Opowieść wigilijna” jest po prostu za krótka, by cokolwiek pozmieniać. I bardzo mnie to cieszy.

Bardzo chciałabym pójść kiedyś do kina na adaptację jednej z moich ulubionych powieści, która będzie wychodziła naprzeciwko fanom lektury, a nie hollywoodzkich efektów specjalnych. Czy to możliwe? Życzę sobie tego na nowy rok i już czekam na ostatnią część „Harrego Pottera” czy „Zaćmienie”.

(Nigdzie niepublikowane)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *